My Writings. My Thoughts.

Pokrowiec – zło konieczne …?

// Kwiecień 21st, 2014 // No Comments » // bezpieczeństwo, Motocykle

Nie zapinaj pokrowca kiedy szaleje wiatr. Może skończyć się to wywrotką Twojej maszyny

Nie zapinaj pokrowca kiedy szaleje wiatr. Może skończyć się to wywrotką Twojej maszyny

Nie każdy parkuje swój jednoślad na co dzień w garażu, gdzie silny wiatr jest raczej zjawiskiem rzadko spotykanym. Pamiętajcie o tym kiedy zostawiacie motocykl pod zapiętym pokrowcem. Nie zawsze jest to najlepszy pomysł, zwłaszcza kiedy pogodynka ostrzega przed nadchodzącymi wichurami. Taki „na stałe” zamocowany pokrowiec (tu: zapięty pod motocyklem na zatrzask) w czasie silnego wiatru może zadziałać jak balon. To zdarzyło się temu właścicielowi jednośladu. W tym przypadku straty niewielkie, bo maszyna przewróciła się na trawnik, ale szczęście nie zawsze dopisuje. Lepiej odżałować te 5 dych na pokrowiec (może nie odleci daleko …?) niż potem borykać się z naprawą ukochanego rumaka …

Share

Kurs OFFROAD START w Motoszkole

// Październik 13th, 2013 // No Comments » // Motocykle

Kurs ENDURO START w Motoszkole; nauka zjazdów

Kurs OFFROAD START w Motoszkole; nauka zjazdów

Heh, zaletą prowadzenia, lub raczej w moim przypadku sprowadza się to w większości do nieprowadzenia :), własnego bloga jest mianowicie fakt, że można pisać, bądź można nie pisać. Mocne nie? Podczas gdy Wy będziecie siedzieli przed własnymi monitorami porażeni tą prostą prawdą ja tymczasem bez zbędnych wstępów przejdę do tzw. meritum sprawy, czyli opisu wrażeń własnych (zaznaczam to szczególnie!) z kursu OFFROAD START organizowanego przez Motoszkołę prowadzoną przez Rafała Górskiego.

Na wszelki wypadek, gdyby jakimś zrządzeniem losu przez przypadek tu Szanowny Instruktor trafił (ludzie często przez pomyłkę tu zaglądają) to … pozdrawiam i zapraszam do lektury :)

Z motocyklami enduro miałem po raz pierwszy styczność właśnie u Rafała na kursie bezpiecznym, opisywałem to tutaj.

Lekkie, zwinne maszyny, dobrze radzące sobie w trudniejszym terenie zawsze mnie pociągały, ale tak jakoś się złożyło, że swoją motocyklową przygodę zacząłem, jak być może duża część z Was, od asfaltu. Dobrze jednak pamiętam słowa Marka Godlewskiego z warszawskiego Pro-motora: „wszyscy skończymy w błocie”.

Mówcie sobie co chcecie, ale COŚ w tym jest :)

Po co to?

Teren, często niewyznaczony żadnym konkretnym szlakiem uczy niesamowitej pokory, wykształca i poprawia równowagę oraz ćwiczy ogólne panowanie nad maszyną, która tańczy nam pod tyłkiem. Puste słowa? Tak to brzmi kiedy siedzi się w ciepłym domu w fotelu przed ekranem komputera :) Jednak optyka niesamowicie zmienia się po zajęciu miejsca za sterami i ruszenia koleiną wypełnioną wodą …, tak, czeka Cię wiele upadków, ale teraz najlepsze: w znakomitej większości nie będą to upadki bolesne i w zasadzie dostarczą Ci frajdy jeśli tylko znajdziesz w sobie tę radość z tarzania się w ziemi i błocie :)

Rozumiecie, chciałem spróbować :)

Tak się stało, że kilka miesięcy wcześniej zarezerwowałem sobie sobotni termin we wrześniu u Rafała na rozpoczęcie swojej „przygody” z enduro, a raczej sprawdzenie czy mnie to będzie jarać. Raczej nie miałem wątpliwości, że będzie, ale przecież nigdy nie wiadomo. Mogłem niefortunnie upaść, złamać sobie to i owo i tym samym stwierdzić, że to nie moja bajka.

Nie, spokojnie. To MOJA bajka :)

Kończ Władziu i robimy

21. września, sobota przed godziną 9. rano stawiam się na umówione miejsce w okolicach Podkowy Leśnej na stacji benzynowej pod warszawskimi Łomiankami :) Będzie nas w sumie sześcioro kursantów, w tym dwie urocze kursantki, które, muszę to szczerze tutaj przyznać, radziły sobie LEPIEJ od niektórych panów (nie wyłączając mojej skromnej osoby) Szybkie przywitania, zaopatrzenie się w puste kalorie (jakże będą nam potrzebne tego dnia!), rozdział motocykli i możemy ruszać na nadwiślane bezdroża.

Zanim jednak to się stanie, za radą większości, pozbywam się gumowego przeciwdeszczowca, co okazuje się posunięciem iście mistrzowskim. Ugotowałbym się w nim na miękko, to po pierwsze, po drugie pogoda klaruje się i jak się szybko okaże padać nie będzie :) Nie to żeby w enduro jakoś strasznie to przeszkadzało, ale takich żółtodziobów jak my (jak ja na pewno) cieszy to niezmiernie.

O co tu chodzi?

Pierwszy przystanek: duża porośnięta trawą polana nad Wisłą, gdzie mamy okazję lepiej poznać sprzęty, na których przyjdzie nam przez najbliższe 4 godziny jeździć. Krótka pogadanka wprowadzająca, jak siedzieć, gdzie patrzeć i co robić z gazem :) Potem kręcimy kółeczka, każdy takie jak umie …, przeważnie wychodziły dość … duże :) Trochę na siedząco (blisko kierownicy!), trochę na stojąco. So far so good, bez hardkoru – myślę sobie. Chyba dam radę.

Równia pochyła

Potem przenosimy się na mały stok, gdzie rosną dwa drzewka wokół, których jak się za chwilę okaże będziemy kręcili ósemeczki. Trudność właśnie polega na tym, że robimy ten slalom na pochyłości, więc dochodzi odpowiedni balans ciałem na podnóżkach. Oczywiście na stojąco, tak już będzie właściwie do końca tego dnia :) E, spoko – myślę sobie znowu, nie jest źle. Daję radę. Wiadomo, wychodzi to topornie i jest walka z motocyklem, ale nie ma tragedii, początki są trudne :)

Na wojennej ścieżce

Potem jednak ruszamy na przejażdżkę wzdłuż Wisły gdzie czekają na nas takie atrakcje jak głęboki, kopny piach, woda po osie, zdradzieckie grząskie doły i Bóg wie co jeszcze. I tu zaczynamy się koncertowo wywalać jak kręgle na torze :) Na początku jest to nawet zabawne, ale po czwartym, piątym wyciąganiu motocykla z krzaków, wody, czy innego piachu zaczyna kiełkować w głowie pytanie czy to jest faktycznie kurs pomyślany dla zupełnie zielonych? Jasne, jak się nie przewrócisz to się nie nauczysz, mam jednak wrażenie, że poza przewracaniem nie robię nic innego. Kolega Jarek prędko robi się siny na twarzy co każe mi myśleć, że w tym swoim poczuciu nie jestem jednak osamotniony :)

Zdjęcia z moich (i nie tylko!) fikołków w piach i wodę możecie zobaczyć tu.

Bardziej zaczyna mi to przypominać przyspieszony kurs korespondencyjny na pilota F-16 niż zapoznawczą zabawę-trening z enduro. Zaczynam myśleć, że nazwa szkolenia (OFFROAD START?) to jakiś ponury żart w stylu montiego pajtona. Po przejeździe wzdłuż rzeki jestem już porządnie zmęczony. Pot się ze mnie leje strumieniami i łapię zadyszkę :)

Krew, pot i łzy

Robimy na kolejnej polance przerwę i widzę, że wszyscy mocno zziajani. Rozbieramy się z czego się da. Odpoczywamy trochę i zaczyna mi wracać chęć do życia. Zwłaszcza po pożarciu Prince Polo :) Jasna sprawa nie ma techniki to i człowiek bardziej zmęczony, dobrze by było jednak mieć więcej zrozumienia dla żółtodziobów i tempo nieco zwolnić. Poświęcić więcej uwagi na prawidłową pozycję, patrzenie, utrzymanie gazu. Sprawy niby elementarne, ale … wiadomo jak jest kiedy człowiek chce nadążyć za innymi, w szczególności za Rafałem :)

Z górki na pazurki

Po przerwie trenujemy podjazdy i zjazdy na niedużym wzniesieniu i tu już tętno mnie się znacznie uspokaja. Wszystkim wychodzi to całkiem zgrabnie. Dalej kierujemy się na polną drogę, która biegnie wzdłuż wiślanego wału przeciwpowodziowego. Jest sporo dołów i wzniesień i tu trenujemy jazdę starając utrzymać linię horyzontu na jednym poziomie zmieniając tylko ugięcie rąk i nóg. Dość wymagające ćwiczenie zwłaszcza dla kogoś takiego jak ja. Kiedy robimy kolejny przystanek czuję, że nogi mam jak z waty :) Budyń zamiast mięśni! Wiem, wiem – żenada … 😉

W sumie „ędurowanie” jednak wciąga i nie mam tu na myśli zapadania się w grząskie, wypełnione mętną breją doły na naszej trasie :)

Na plaży silnik się smaży

Po kolejnej krótkiej przerwie na złapanie oddechu ruszamy na … plażę :) Tak, tak. Dopiero tu zaczyna się niezła walka z maszyną i utrzymaniem równowagi. Tniemy twardo w poprzek szerokiego pasa piachu prosto na sam brzeg Wisły. Oczywiście po drodze zaliczam ze dwie wywrotki, a ponieważ mam już tego wywracania się lekko dosyć to ostatni kawałek pokonuję, jak to określił Rafał: „na listonosza” z nogami majtającymi się po bokach motocykla 😉

Stajemy nad Wisłą, nieco się przejaśnia, wokół nikogo, kiedy gasimy silniki dookoła zapada błoga cisza :) Widok warty każdych pieniędzy, stoimy sobie na motocyklach nad rzeką i rozkoszujemy się przez moment widokami …, lekko pomarszczona tafla wody, poza tym bardzo spokojnie.

Przez łąki, przez pola …

Przed nami ostatni etap dzisiejszej zabawy. Lecimy wzdłuż Wisły na niewielkie wzniesienie gdzie piach już kończy się, a my wjeżdżamy w niezbyt gęsty zagajnik. Teraz jazda poza wyznaczonym szlakiem między drzewami …, udaje się ją pokonać bez większych przygód. Ostatnie kilkaset metrów to już powrót wzdłuż wiślanego wału. Rozpędzam się trochę zanadto, zachęcony przez lepiej doświadczonych i oczywiście ląduję na boku. Noga w kostce wygina mi się pod niebezpiecznym kątem na szczęście w porę wyswobadzam ją spod padającego motocykla. Uff!

Jakieś 30 metrów przede mną w podobnej pozie leży Jarek. Leży i coś długo się nie podnosi, ale w końcu daje znaki życia i zbiera się na nogi. Jest chyba najbardziej wycieńczony z nas wszystkich.

Doganiamy resztę, wspólnie wjeżdżamy na szczyt wału i kierujemy się w stronę stacji benzynowej gdzie zostawiliśmy swoje auta i motocykle.

Impreza dobiega końca, nikt sobie niczego nie połamał, ja tylko przypaliłem sobie od rozgrzanego silnika łydkę, kiedy upadłem z maszyną w głębokim piachu.

Gdybym tylko miał wyższe buty … teraz już mam 😉

Gratuluję jeśli dotarłeś aż tutaj …, nie wiem czy ja sam bym dał radę :)

Enduro START, 21.09.2013

OFFROAD START, 21.09.2013

Podsumowanie

PLUSY:

  • wspólna jazda w terenie to naprawdę frajda
  • wymiana doświadczeń z innymi uczestnikami szkolenia
  • jazda pod okiem doświadczonego instruktora
  • zrozumienie własnych błędów

MINUSY:

  • zbyt wymagające dla nowicjuszy, może zniechęcić
  • 4 godziny na pierwszy raz to zdecydowanie za długo
  • za szybkie tempo, zbyt duża ilość materiału do przyswojenia na jeden raz
  • przydałoby się więcej czasu poświęcić na korygowanie błędów kursantów

KOSZTY:

  • 390,- PLN na motocyklu Motoszkoły
  • 250,- PLN na własnym

Tu więcej informacji: http://www.kursyenduro.pl/

Moja ocena: 3+

Do zobaczenia na leśnej ścieżce! :)

Share

Elektryczny patrol

// Marzec 9th, 2013 // No Comments » // Ciekawostki, Motocykle, Wydarzenia

Firma Zero Motorcycles (swoją drogą dość zabawna nazwa: zero motocykli?), która od kilku lat usilnie pracuje nad tym by przebić się ze swoją ofertą do jak najszerszego grona odbiorców tym razem zaproponowała dwa modele dla amerykańskiej policji.

Dual sport DS to jednoślad zorientowany na pokonywanie leśnych duktów i dróg szutrowych, ale też nieźle radzący sobie na asfalcie oraz wersja S zorientowana na jazdę po drogach utwardzonych. Oba motocykle występują w dwóch wersjach silnikowych: 11.5KM i 15.5KM. Liczby może nie rzucają na kolana, ale należy przypomnieć iż ta moc jest dostępna praktycznie w pełnym zakresie pracy silnika elektrycznego. Poza tym są to motocykle krótkodystansowe, przeznaczone do patrolowania miast lub niewielkich obszarów poza nim. Producent mówi o zasięgu teoretycznym rzędu 200km (wersja S z mocniejszym silnikiem).

Prędkość maksymalna? Według danych Zero Motorcycles: 153km/h. Całkiem przyzwoicie. Waga modelu z mniejszym silnikiem 177kg i 191kg z większym.

Pełny cykl ładowania bateryjek: poniżej 8 godzin, producent chwali się, że akumulatory powinny wystarczyć do przejechania 475.000km.

Share

Kup motocykl …, odbierz klamkę

// Marzec 9th, 2013 // No Comments » // Ciekawostki, Motocykle, Wydarzenia

To w Stanach tylko jest możliwe. Motocyklowy dealer z Florydy wpadł na dość zaskakujący pomysł. Otóż do każdego motocykla kupionego w jego salonie dokłada jako bonus … pistolet. Bynajmniej nie plastikowy :) Co go zainspirowało? Mówi, że ostatnia gorąca debata na temat zasadności posiadania broni przez obywateli jego kraju :) Zerknijcie na spota.

 

Zainteresowanym podaję adres: 7000 Park Blvd. Pinellas Park, FL 33781 :)

Share

Tweet

// Styczeń 31st, 2013 // No Comments » // tweets

Share

Tweet Does any of you guys actually ride a motorbike whi…

// Grudzień 27th, 2012 // No Comments » // tweets

Does any of you guys actually ride a motorbike while the snow is on the streets? Look at this poor fella … http://t.co/CvUrPrFt

A_Ic9pyCAAAybBC

Share

Tweet Video: Triumph Daytona 675R first ride http://t.co…

// Grudzień 20th, 2012 // No Comments » // tweets

Video: Triumph Daytona 675R first ride motorcyclenews.com/MCN/News/newsr…

Share

Tweet Beautifly made HD video. Really enjoyed watching i…

// Grudzień 20th, 2012 // No Comments » // tweets

Beautifly made HD video. Really enjoyed watching it. You should too :)
vimeo.com/54009835

Share

SPEED: bezpieczna prędkość

// Sierpień 8th, 2012 // No Comments » // bezpieczeństwo, Motocykle, Wydarzenia

SPEED Day: 6.08.2012

Wsiąkłem. Wciągnęło mnie jak sołtysa z Wąchocka kiedy ten mieszał łyżeczką herbatę. A przecież jeździłem już tak wcześniej, wiedziałem o co w tym chodzi – przeżywałem to.

Jednak nigdy dotąd moje koło nie dotknęło obiektu tej klasy. Nie to, żeby to było jakieś Silverstone. Nie. Jednak można tu szybko i bezpiecznie pojeździć. W pierwszej kolejności przyjechałem po technikę, tak sobie wmawiałem. Rozmawiałem z instruktorami, Jackiem Molikiem i Arturem Wajdą. Nie są to teoretycy, ale prawdziwi sportowcy. Utytułowani. Pokazali co i jak. Pewnie, że nie wszystko zapamiętałem, oni zresztą nie mieli ambicji uczyć mnie WSZYSTKIEGO. Nie od razu. Coś tam dotarło. Poszedłem pojeździć. Było niezwykle ciężko. Co chwila musiałem toczyć ze sobą walkę na śmierć i życie by na wyjściu z zakrętu nie odkręcać do oporu. Tak się nie jeździ. Nie na moim poziomie, bo technika idzie zaraz w las (czasem razem z kierowcą i motocyklem). Czyli operujemy roll-gazem spokojnie. Jak odkręcamy to łagodnie, ale w sposób ciągły, bez gwałtownych ruchów. Trzeba znaleźć swoją harmonię, wejść w rytm. Skupić się, ale być jednocześnie wyluzowanym, nienapiętym. Wtedy wszystko się układa, jest czas by obrać optymalną trajektorię do zakrętu, zdążyć się rozejrzeć, popatrzeć gdzie jechać. Potem można już na pamięć, ale najpierw trzeba się nauczyć. Dobrze.

Ważna jest powtarzalność. Początkowo każde okrążenie pokonywałem innym torem, co zakręt to inna trajektoria. Raz wychodziło nieźle, innym razem zupełnie nie. Męczące. Kiedy jednak złapiesz już ten rytm, skoncentrujesz się, przypomnisz sobie to co mówił trener kiedy omawiał każdy zakręt tego toru (nawet jeździł z Tobą) wszystko zaczyna się układać. Widzisz swoje błędy jak na dłoni. I wiesz już jak je eliminować. Mały krok do przodu. Potem jeszcze jeden i już widzisz, że właśnie urwałeś 10 sekund z jednego okrążenia. Niby nic, ale cieszy. Przecież nie przyjechałem tu dla czasów, tylko dla techniki …, tak sobie wmawiałem.

Wracałem do hotelu. Jazda po ulicy wydała mi się pozbawiona sensu. Nudna, nieciekawa i … bardzo niebezpieczna. Tor to co innego. Tu jest życie, tu są emocje.

Niedługo znów tu przyjadę. I Ty też powinieneś.

Oczywiście dla techniki.

http://www.speedday.pl/

Share

Dzień Motocyklisty

// Sierpień 5th, 2012 // No Comments » // bezpieczeństwo, Motocykle, Wydarzenia

Dzień Motocyklisty na torze w Poznaniu

Torów ci u nas niedostatek, wie o tym każdy średnio rozgarnięty motocyklista. Jeśli odrzucimy z tego zestawienia tory gokartowe i inne lotniska właściwie dla motocykli nie przeznaczone, to zostaje nam tylko jeden taki obiekt w Polsce, na którym można w bezpiecznych warunkach i pod okiem specjalistów poćwiczyć technikę jazdy, a także po prostu się pościgać (czy jak kto woli pozap …).

Poznań jest tym dla polskiego motocyklisty czym Mekka dla wyznawców Islamu, przynajmniej raz w życiu wypadałoby tu wpaść, by potem móc krytykować (w tym przodują różnego rodzaju wirtualni specjaliści, którzy tor widzieli tylko na YT ew. w telewizji). Nie każdemu po drodze (ode mnie jest to ponad 300 km), koledzy z południa pewnie wolą śmignąć na Słowację czy Węgry. Nie ma też co czarować – parę złotych wysupłać trzeba i dojazd swoje kosztuje. Czy warto każdy sam sobie powinien odpowiedzieć. Ja uważam, że warto bardzo. Przynajmniej raz w sezonie tor klasy Poznania albo lepszy odwiedzić.

Powiem Wam, że to trochę tak jak z wyjazdem na narty w polskie góry. Kto był – ten wie o czym piszę. Góry mamy piękne, ale infrastruktura jednak trochę pozostawia do życzenia. Wystarczy się raz przejechać do Austrii, Włoch czy choćby na wspomnianą Słowację by poczuć tę różnicę. Potem już w polskie góry na narty wyjeżdżać się nie chce. Smutna to prawda, ale tak jest. Z kim bym na ten temat nie rozmawiał – wszyscy czują podobnie. Z torami, po których da się w Polsce pojeździć na motocyklu jest podobnie. Jest jeden, który w pełni się do tego nadaje, który ma to wszystko co motocyklowy tor mieć powinien. Reszta też jest niezwykle ważna, przede wszystkim dobrze, że w ogóle jest :) Mam tu na myśli tory w Radomiu, Lublinie (ten wkrótce zniknie z motocyklowej mapy w Polsce), Wrocławiu. Są wreszcie stare, rzadko używane lub wręcz nieczynne lotniska: w Ułężu czy Białej Podlaskiej, gdzie na motocyklach też da się jakoś pojeździć. Na większości tych obiektów byłem i jeździłem. Teraz wreszcie udało mi się zawitać do Poznania. Nitka toru jest gładka i równa jak stół. Jest szeroko, są bezpieczne strefy, generalnie widzisz gdzie jedziesz. Przyznam, że wreszcie mogłem skupić się wyłącznie na jeździe :) Poczułem się jak na nartach w Austrii.

To taka mała dygresja odnośnie tego dlaczego warto tu się wybrać – piszę do tych co nie byli na obiektach tej klasy. Ja wcześniej nie miałem przyjemności i teraz dopiero wiem co przez te kilka lat odkąd jeżdżę traciłem :) Z pewnością będę tu częstszym gościem.

Kilka słów o kosztach takiej imprezy. Dzień Motocyklisty to wydatek 300 złotych polskich. W tej cenie otrzymujecie dostęp do wspomnianego toru, ale co ważniejsze do doświadczonych instruktorów, którzy chętnie odpowiadają na najtrywialniejsze nawet pytania (typu ile palców trzeba trzymać na klamce hamulca, w jakich sytuacjach używać tylnego hebla, itp.) Wśród prowadzących imprezę byli m.in. Artur Wajda (nie, to nie on nakręcił Człowieka z Marmuru :)), Jacek Molik i Mateusz Korobacz.

Było trochę teorii na temat ubioru, pozycji na motocyklu, stanu zawieszenia i ogólnej kondycji jednośladu. Teoria jest ważna, wiadomo, ale każdy przecież czekał na część praktyczną :) Organizator przygotował kilka ćwiczeń:

Dzień Motocyklisty 5.08.2012 Tor Poznań

 

  • próby hamowania i przyspieszania: sprawa wydaje się banalna, rozpędzić się do jakiejś prędkości (to indywidualna sprawa z jakiej kto hamował) i potem gwałtownie wytracić prędkość, ale uwaga! nie do zatrzymania tylko do mniej więcej 10 km/h i potem znów płynnie przyspieszyć nie tracąc przy tym równowagi i oczywiście nie podpierając się nogą – to generalnie złota zasada: na żadnym ćwiczeniu nie wolno było dotknąć nogą ziemi :) Cóż, ja się specjalnie nie napracowałem przy tej konkurencji, bo mam w motocyklu niewyłączalny ABS :), więc za każdym razem wciskałem oba heble do końca. Ważna dygresja: należało używać obu hamulców (zaczynamy przodem i dołączamy potem tył). Dlaczego? Prosta sprawa. Przód nurkuje wtedy mniej, dzieje się to w sposób płynniejszy i pozwala zachować lepszą kontrolę nad maszyną.

 

  • korekta toru jazdy w łuku: tutaj uczyliśmy się co zrobić kiedy na łuku drogi niespodziewanie pojawia się przeszkoda, która uniemożliwia nam dalszą jazdę po obranym wcześniej torze. Może to być plama oleju, traktor wyjeżdżający z pola czy pan Zdzisio, który właśnie w tym miejscu postanowił w swoim bolidzie zmienić koło. Jak to wyglądało? Jadąc po łuku dostrzegamy przeszkodę, prostujemy motocykl, dohamowujemy, wykonujemy manewr ominięcia i wracamy na wcześniej obrany tor jazdy. I znów nie było zaleceń co do prędkości przy jakiej należało to wykonać, każdy jechał na miarę swoich możliwości. Przeważnie zresztą i tak ta prędkość w miarę wykonywanych powtórzeń rosła. Żeby nie było jednak za łatwo, po kilku próbnych przejazdach Mateusz Korobacz (bo to on prowadził to ćwiczenie) zacieśnił tor, po którym należało zakręt pokonać (przestawił pachołki bliżej wewnętrznej strony zakrętu). Bardzo potrzebna to umiejętność by umieć w takiej krytycznej sytuacji zachować się na drodze. Wiadomo przecież, że działają tu wyuczone odruchy. Jak kilkadziesiąt razy sobie takie ćwiczenie powtórzysz masz dużą szansę, że takiego pana Zdzisia na drodze ominiesz :)

 

  • „test łosia”: kto nie umie tego ćwiczenia poprawnie wykonać jest łosiem? Nie, to nie o to chodziło :) To taka odmiana wcześniej opisanego ćwiczenia z tą różnicą, że teraz jedziemy po prostej. Nagle niedaleko przed nami (kilkanaście, kilkadziesiąt metrów) pojawia się przeszkoda. Niech to będzie już ten nieszczęsny pan Zdzisio, który zdążył zmienić koło i teraz wyjeżdża z polnej drogi prosto przed nas. Zamiast jednak hamować co sił w ręce i nodze i liczyć na to, że się wyrobię i nie odcisnę swojej podobizny na przednich drzwiach bolidu pana Zdzisia lepiej spróbować pojazd ominąć i uciec na niezajętą część drogi (oczywiście zakładamy, że mamy taką możliwość). Kolejna bardzo ważna reguła! Kiedy tylko można lepiej przeszkodę spróbować ominąć niż próbować się przed nią zatrzymać. Nigdy nie wiadomo czy tych metrów nam na to wystarczy, więc jeśli tylko jest jakaś „dziura”, w którą się motocyklem zmieścimy – wjedźmy w nią i dopiero tam próbujmy się zatrzymać (lub jedźmy dalej, o ile nic się nie stało). Wielokrotnie doświadczałem podobnej sytuacji np. w mieście jadąc w korku. Jakieś auto przede mną gwałtownie hamuje i jednocześnie próbuje zmienić pas zajeżdżając mi drogę. Zamiast hamować awaryjnie, lepiej nieco dohamować, odpuścić hamulec i auto wyprzedzić z drugiej strony. Zawsze próbować szukać tej „dziury”, drogi ucieczki. Ten kto w sobie ten nawyk wyrobi ma szansę uniknąć poważnego w skutkach wypadku.

 

  • zmiana kierunku jazdy: czyli jeden łuk w jedną stronę, a potem zaraz kolejny w drugą. Z tego ćwiczenia najlepiej zapamiętałem instruktora, który żeby pokazać o co chodzi wsiadł w krótkich spodenkach i bez kasku na motocykl jednego z uczestników i postawił go na koło :) Duża swoboda i pewność – godne podziwu. Na początku pierwszego zakrętu został ustawiony pachołek znaczący punkt wejścia (gdzie się składamy), w szczycie kolejny (od tego momentu można było rozpocząć płynne przyspieszanie), potem kawałek prostej (zawężonej linią pachołków żeby nie było zbyt komfortowo), drugi zakręt, nawrót i powrót :)

 

  • jazda w łuku ze stałym gazem: i znowu jedziemy sobie po łuku, czyli tak jak na motocyklu jeździć się powinno :) (cholerne Mazowsze, drogi proste i nudne jak „Moda na sukces”). Tym razem trik polegał na tym by przejechać cały zakręt trzymając roll-gaz w jednej wcześniej ustalonej pozycji. Dojeżdżamy do łuku, składamy się i od tej pory trzymamy gaz dopóki z zakrętu nie wyjedziemy. Niby proste a jednak wiele osób miało z tym problem, głównie dlatego, że przywykliśmy do tego, że po obraniu trajektorii i wjechaniu w zakręt, od pewnego punktu (jeszcze przed wyjściem) zaczynamy płynnie przyspieszać, zresztą tak pokonuje się w zasadzie większość łuków na motocyklu. Tutaj chodziło o to by nauczyć się kontrolować otwarcie przepustnicy. Przynajmniej ja to tak odebrałem. To Ty masz kontrolować maszynę, a nie odwrotnie :)

 

  • praktyczne używanie tylnego hamulca: bardzo interesujące ćwiczenie. Tak szczerze, to ilu z Was używa w praktyce tylnego hamulca? W moim motocyklu klocki z tyłu są chyba nietknięte :) Są takie sytuacje na drodze kiedy warto tylnego hebla używać. Tu zostało to pokazane (rękami i nogami pana Artura Wajdy) na przykładzie wolnej jazdy manewrowej pomiędzy pachołkami. Nie, nie chodziło o jazdę z prędkością 20 km/h jak na egzaminie (tu zresztą pachołki ustawione były znacznie ciaśniej) tylko o jazdę na granicy wywrócenia, poniżej 10 km/h (najlepsi w tej dyscyplinie potrafią manewrować przy 3-4 km/h). No dobra, ale po co nam do tego tylny hamulec? Nie można dozować prędkości przednim? Przy takich prędkościach nie. Wciśnięcie przedniego hamulca kiedy mamy skręcone przednie koło oznacza po prostu wywrotkę. To najczęstsza przyczyna tzw. „parkingówek”. Gdzieś sobie powolutku zawracamy, widzimy, że się nie zmieścimy, wciskamy klamkę i bęc. Jeśli tego doświadczyłeś to dokładnie wiesz o czym piszę. To jedna rzecz. Druga: utrzymywanie napięcia układu napędowego. Trzymając lekko wciśnięty pedał hamulca, trzymając otwarty nieznacznie (tak do 2-3 krpm) gaz i dozując prędkość „półsprzęgłem” nie dopuszczamy do tzw. szarpania, które jest naturalnym zjawiskiem w motocyklu. Układ przeniesienia napędu kiedy akurat gaz jest zamknięty ma swoje luzy, na łańcuchu, wale czy pasie napędowym – nieważne. Teraz kiedy gaz otwieramy, nawet ostrożnie i płynnie, w pierwszej kolejności wspomniany układ musi wykonać jakąś pracę by się z powrotem „naprężyć”. Jest to ułamek sekundy, ale właśnie to ten moment, który potocznie zwykło określać się szarpaniem (mówi się, że motocykl szarpie przy dodawaniu gazu, zjawisko to jest szczególnie odczuwalne na niskich biegach). Można temu efektowi niejako zapobiec, wyeliminować go stosując tylny hamulec. Umiejętnie dozowany nie pozwala układowi napędowemu się „rozluźnić”. Oczywiście musimy też trzymać gaz, a prędkością sterujemy sprzęgłem (jazda na „półsprzęgle”). Umiejętnie dozowany gaz dla sprzęgła nie jest szkodliwy, zresztą tego stylu jazdy nie używa się często, ale wiedza o tym przydaje się w zrozumieniu zjawisk towarzyszących wolnej i bardzo wolnej jeździe na motocyklu. Gdzie to może mieć zastosowanie? Ano właśnie przy manewrach na parkingu, ale przy wyprzedzaniu (omijaniu) samochodów jadących (stojących) w korku. Pamiętajmy, nie podpieramy się nogami. To nie przystoi prawdziwemu motocykliście :)

 

  • kurs pierwszej pomocy: i na koniec rzecz wcale nie najmniej ważna, chociaż ze względu na ograniczenia czasowe temat tylko został zasygnalizowany: pierwsza pomoc ofiarom wypadków komunikacyjnych. Nie będę rozwijał, myślę, że każdy we własnym zakresie musi odpowiedzieć sobie na pytanie czy taka wiedza i umiejętności mogą się w życiu przydać. Ja uważam, że takie szkolenia powinny być obowiązkowe i powtarzalne co jakiś czas (przynajmniej raz w roku). Została poruszona tematyka zabezpieczenia miejsca wypadku, zabezpieczenia siebie jako ratownika, sposób postępowania z poszkodowanym oraz wezwanie profesjonalnej pomocy medycznej (jakie informacje przekazać przyjmującemu zgłoszenie, w pierwszej kolejności należy ZAWSZE podać MIEJSCE zdarzenia!) Ja kilka szkoleń z pierwszej pomocy mam już za sobą i nadal uważam, że to mało. Wiedza niestosowana (wie o tym każdy uczeń :)) zanika.

Tym którzy dotrwali do tego miejsca – gratuluję (i współczuję :)) Na zakończenie imprezy był przejazd po torze (zrobiliśmy kilka kółek) w towarzystwie Mateusza Korobacza i Artura Wajdy, a potem grill z rozdaniem drobnych prezentów przez organizatora imprezy. Pozostał niedosyt i chęć jak najszybszego powrotu na tor :)

Jak to dobrze, że jutro jest SPEED DAY :)

Share