// Marzec 27th, 2011 // No Comments » // bezpieczeństwo, Motocykle

Jak być może niektórzy z Was kojarzą jakiś czas temu pisałem, że zamierzam wybrać się na szkolenie do Motoszkoły. Ośrodków takich ciągle w naszym kraju jak na lekarstwo, a ludzi, którym się chce to robić (i umieją) jeszcze mniej. Nie wspomnę już o mieszkańcach mniejszych miast, gdzie takich szkół po prostu nie ma i długo jeszcze nie będzie. Niech to jednak nikogo nie zraża przed tym by jednak, mimo przeciwności losu, nie spróbować. W końcu nikt nie obiecywał, że będzie łatwo (jak jest łatwo to nie ma zabawy). W gestii indywidualnej pozostawiam decyzję, którą szkołę wybrać – jak napisałem powyżej. Jest ich w kraju niewiele, więc też niespecjalnie jest w czym wybierać. Zanim jednak się człowiek zdecyduje przede wszystkim musi sobie odpowiedzieć na pytanie czego po takim szkoleniu się spodziewa.
Dla kogo to szkolenie?
Mowa oczywiście cały czas o Motoszkole, bo ten ośrodek poznałem niejako od środka – będąc na kursie. Otóż system został tu opracowany czy też podzielony na trzy części (wcześniej były dwie, od tego roku doszedł jeszcze stopień ekspercki). To co się pierwsze rzuca w oczy (przynajmniej w moje się rzuciło) to to, że nacisk kładzie się tu głównie na jazdę szosową czyli poruszanie się w normalnym ruchu drogowym (miasto i poza). O jeździe torowej raczej się nie mówi. Celowo. Układający program szkoleń wyszedł z założenia, że to właśnie na normalnej drodze statystyczny motocyklista (czy też adresat szkolenia) spędza najwięcej czasu na swoim jednośladzie. W moim przypadku jest to najprawdziwsza prawda i z takim założeniem wybrałem właśnie to, a nie inne szkolenie. Z tego co wiem ośrodek organizuje również dedykowane kursy enduro.
Pierwszy dzień szkolenia, mimo iż technicznie mamy już wiosnę przywitał nas … śniegiem. Nie nastrajało to zbyt optymistycznie i z żalem swojego motóra musiałem pozostawić w garażu. Na szczęście szybko okazało się, że słońce zrobiło swoje. Praktycznie o godzinie 9 ulice były już wolne od białego puchu i suche. Mogło być tylko lepiej.
I etap: kurs bezpieczny
To niejako początek ścieżki szkoleń. Zapoznanie się z podstawowymi zagadnieniami budowy motocykla (ustawienia zawieszenia, efekt żyroskopowy, skręcanie), ale bez wnikania głęboko w szczegóły techniczne. Jeśli ktoś lubi – to już musi we własnym zakresie (i moim zdaniem to dobrze – nie warto od razu na starcie wypełniać sobie pamięci terminami, o których na tym etapie nie ma się zielonego pojęcia). Na początek troszkę teorii, a potem od razu przejście do praktyki – ćwiczenia na placu manewrowym. To o czym jeszcze zapomniałem wspomnieć na początku to fakt, iż cały program kursu bezpiecznego opiera się (a nawet czerpie pełnymi garściami) na modelu szwedzkim i tym jak tam się takie szkolenia przeprowadza. Trzeba przyznać, że Szwedzi mają bardzo rozbudowany system przygotowania przyszłego motocyklisty do (prze)życia na drodze. Na początek: wolna jazda na wprost. Nie. Naprawdę wolna. Prędkości rzędu 2-4 km/h. Jak to osiągnąć zachowując jednocześnie płynność jazdy? Łatwo nie jest, bo mają tu znaczenie trzy elementy: kontrola otwarcia gazu, sprzęgło i tylny hamulec. W skrócie: gaz mamy otwarty, a płynność poruszania się i prędkość „regulujemy” jazdą na tzw. półsprzęgle z jednocześnie wciśniętym (nie za mocno) tylnym hamulcem. Po co to wszystko? A no po to by uniknąć luzów w układzie napędowym (głównie na łańcuchu, ale dla wału jest podobnie) i tym samym wyeliminować niepożądane zjawisko „szarpania” motocyklem na niskich biegach (i prędkościach). Taką jazdę ćwiczyliśmy przez cały pierwszy dzień szkolenia w różnych manewrach na placu. Była jazda popularnym slalomem, było zawracanie na wąskim odcinku drogi (tzw. „garaż”), był też „zygzak”, czyli przejeżdżanie „eską” przez dość ciasno rozstawione bramki. W życiu chyba tyle razy się nie podpierałem nogą co w ciągu tego jednego dnia szkolenia
Co jeszcze z ciekawszych rzeczy pierwszego dnia? Upadki. Jak prawidłowo się na motocyklu przewrócić aby nie uwięzić pod nim nogi, mowa o przewrotkach przy niewielkich prędkościach (tzw. „gleby parkingowe”). Dodatkowo, jak potem podnieść motocykl. Ja dalej jestem zdania, że lepiej robi się to tyłem
Na szczęście motocykle szkoły, na których odbywaliśmy szkolenie to były lekkie enduraki, więc z dźwiganiem nikt nie miał kłopotów.
Drugiego dnia zajęliśmy się tematem zakrętów, dynamicznego pokonywania slalomu (ze świadomością tego co dzieje się w tym czasie z przednim zawieszeniem – fajnie widać jego rozprężanie i potem kompresję przy zmianie kierunku), a także przypomnieliśmy sobie (przynajmniej niektórzy) jak zatrzymać się i ruszyć z miejsca bez podpierania się przy tym nogami. Osobiście tego dnia „zabił” mnie tzw. „cyrkiel”, czy też patrząc z góry „balon”. Otóż został wytyczony okrąg (dość mały) z jednym wąskim wlotem, przez który wjeżdżało się do środka. Wewnątrz należało zrobić sobie dwa kółeczka (wolna jazda manewrowa) i wyjechać na zewnątrz. Proste? Niby proste, ale jakoś ciągle podpierałem się nogą
Jeszcze ciekawiej zrobiło się wtedy kiedy do środka wjechały dwie, a potem trzy maszyny jednocześnie. To ćwiczenie wyszło mi najsłabiej pokazując gdzie powinienem mocniej nad sobą popracować. Następnie potrenowaliśmy sobie hamowanie awaryjne, a potem połączyliśmy to z hamowaniem i jednoczesnym ominięciem przeszkody (to, z której strony należało przeszkodę ominąć w ostatniej chwili pokazywał instruktor). Tu już poszło mi nieco lepiej, a nawet okazało się (bo ostatecznie to ćwiczenie odbyło się z pomiarem czasu), że uzyskałem najlepszy wynik
Pojawiły się jednak pewne wątpliwości, bo chronometr nie był certyfikowany
Na koniec drugiego i ostatniego dnia kursu zebraliśmy wszystkie te manewry do kupy i każdy próbował swych sił w jeździe kombinowanej. Zaczynało się od „zygzaka” (czyli przejazd ostrym slalomem przez brameczki), potem slalom klasyczny, na końcu którego należało zahamować do zatrzymania i ruszyć nie podpierając się przy tym nogami, a na koniec zawrotka na wąskim odcinku drogi (tzw. „garaż”). Nie brzmi jakoś szczególnie strasznie natomiast trochę problemów każdemu sprawiało przejechanie całości bezbłędnie
Podsumowanie
Myślę, że piszę to nie tylko w swoim imieniu, ale i innych kursantów – szkolenie bardzo pomocne i polecałbym każdemu kto niedawno zaczął swoją przygodę z motocyklami, ale także wszystkim tym, którym wydaje się, że jeżdżą naprawdę dobrze i mają za sobą dziesiątki tysięcy przejechanych kilometrów. W ramach przypomnienia i dobrego rozpoczęcia nowego sezonu – jak znalazł. Dobór motocykli enduro na kurs również uważam za trafiony – lekkie i bardzo zwrotne maszyny o dużym skoku zawieszenia pozwoliły lepiej zobaczyć co dzieje się z motocyklem w czasie przeprowadzanych ćwiczeń. Łatwiej je było także podnosić z ziemi jak coś poszło źle
Jak już wspomniałem kurs i jego program nastawiony raczej na szlifowanie formy w normalnej jeździe szosowej, więc jak ktoś szuka emocji raczej na torze to powinien wybrać się np. do Pro-motora (link w prawej kolumnie, dział „Nauka Jazdy”). Bardzo fajne i potrzebne uzupełnienie po zdanym egzaminie na prawko. Ja bym to zrobił obowiązkowe
Co pozostało? Na pewno niedosyt. Chciałoby się więcej, choć też muszę przyznać po tych dwu dniach na placu czułem się nieco zmęczony. Teraz kiedy człowiek wie już co i jak (a o pewnych rzeczach sobie przypomniał), może ćwiczyć dalej sam.
Z niecierpliwością czekam już na drugi poziom (kurs techniczny, zapisałem się na termin czerwcowy), kiedy będzie można sprawdzić się na drodze, w normalnym ruchu pojeździć trochę po zakrętach, a słyszałem że miejsce ćwiczeń naprawdę malownicze (południe Polski przy granicy ze Słowacją).
P.S. Na stronie Motoszkoły mają pojawić się jakieś zdjęcia z naszego kursu, nie omieszkam podrzucić linka
UPDATE: To było szybkie, już są -> http://motoszkola.pl/pliki/galeria_bez.html
Share